Blog

Refleksje na temat sztuki przetrwania



Survival nie jest sportem. Z trudem można go także zakwalifikować do turystyki czy rekreacji ruchowej. Jednym kojarzy się ze sztuką przetrwania w ekstremalnych sytuacjach bez wyjścia, innym zaś z wojskiem bądź z Bearem Gryllsem. Czym właściwie jest?


W podręcznikowej definicji survivalem nazywamy rozliczne działania człowieka przygotowujące go przetrwania w sytuacji zagrożenia. Pomijając zagrożenie, spójrzmy na survival jak na sztukę przebywania w naturalnym terenie. Może ją opanować każdy, kto lubi naturę i pragnie doświadczyć sytuacji w której sam o siebie zadba bez większych udogodnień.

Co mam na myśli mówiąc o dbaniu o siebie? Jeżeli zapewnisz sobie ciepło, w miarę wygodne posłanie i wyżywisz się poza domową kuchnią czy barem na mieście, spędzając noc w lesie, nad wodą lub w górach, to mało? Wręcz przeciwnie. To ty rozstrzygasz w jakiej sytuacji chcesz się znaleźć. Nie ma tu obligatoryjnej misji wcinania kłączy pałki wodnej czy budowania szałasu. Sądzę, że racjonalne spojrzenie na survival to takie, które wyeksponuje kwestię autorstwa stawianych sobie wyzwań. W istocie, gdyby sztywno trzymać się definicji, wskazane jest uprawiać go jedynie w wypadku katastrofy bądź zagubienia w terenie. Tak naprawdę wyklucza to jakiekolwiek planowanie. Zachęcam Was zatem do podjęcia próby zbudowania własnego, indywidualnego spojrzenia na to w jaki sposób pragniecie spędzić czas na łonie przyrody.

Należałoby w tym celu wsłuchać się w siebie i rozeznać, czy preferujecie przedzierać się z maczetą w puszczańskim terenie będąc blisko wyczerpania, czy raczej leżakować nad starorzeczem wpatrując się w gwiazdy. Nie trzeba sprowadzania survivalu do naśladowania spektakularnych wyczynów bohaterów telewizyjnych programów survivalowych albo też udawania żołnierzy w okresie wojny. Wykreujcie osobisty survival, a jeżeli ktoś zarzuci wam, że to nie to - nie zniechęcajcie się. Czyż sensowniejsze od przystawania do rozpowszechnionych stereotypów nie jest doświadczenie przygody, zgotowanie sobie wrażeń na miarę siebie? Po za tym, argument ten z łatwością polecam odeprzeć pytaniem w rodzaju: w jakim celu wciąż przygotowywać się na sytuację ekstremalną, która najprawdopodobniej nigdy nie nastąpi? To posiadało swoje uzasadnienie w drugiej połowie XX wieku w związku z rozkwitem szkoleń w okresie wojny w Korei. To wtedy, duże straty wśród pilotów amerykańskich zestrzelonych nad obszarem wroga wymusiły szykowanie żołnierzy do przeżycia w nieprzyjaznych warunkach. Jednakże dziś? Czy nie należałoby nieco przeformułować celu sztuki przetrwania?